czwartek, 16 czerwca 2016

Rosemary

Znowu pada... Krople deszczu uderzały rytmicznie o szyby sklepu w Helltown. Z trudem powstrzymałam się od cichego prychnięcia. Niezwykle trafiona nazwa... Piekielne miasto. Nazwa podobno wzięła się od głębokiej jaskini, pół godziny drogi na wschód od miasta. Była tak głęboka i stroma, że przypominała wejście do piekła. Przynajmniej według miejscowych. Prawda jest taka, że demony mogą pojawić się praktycznie wszędzie, gdzie granica jest wystarczająco cienka, aby przejść. I jestem pewna, że tym miejscem nie byłaby dziura w ziemi, głęboka na dobry kilometr.
- Czemu tu zawsze musi tak cholernie padać? - westchnęłam, odwracając się do Jima - trzydziestoletniego właściciela jednego z trzech sklepów spożywczych w mieście. Z wyglądu przypominał stereotypowego drwala. Wielki jak góra, szeroki jak szafa, blond włosy zaczesane do tyłu, gruba, gęsta broda i wieczna, czerwona koszula w kartkę. Jak było bardzo zimno (zimą nie pada tu śnieg, więc nie ma problemu), zakładał na to jasnobrązową, puchową kamizelkę. Wydawał się w niej wtedy jeszcze większy niż jest normalnie. Mimo swojego trochę przerażającego wyglądu był bardzo wesoły i pomocny. Jeden z milszych ludzi w mieście. Zawsze cos powiedział, co jest przydatne. A to coś podszepnął, a to coś podpowiedział. Ufałam mu tak, jak ufałam Megan.
- Mieszkasz tu prawie pięć lat i jeszcze się nie przywyczaiłaś? - zaśmiał się nisko, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Wiem, że w tej porze roku pada tu praktycznie co chwilę, ale to przygnębiające - westchnęłam, wyglądając na asfaltową ulicę. Przeniosłam wzrok na wysłużonego, czarnego pick-upa, stojącego dziesięć metrów dalej. - Jak myślisz...? Przestanie zaraz? - spytałam, zapinając granatowy sweter. Jim podszedł do mnie i wyglądnął na zewnątrz przes szybę.
- Wątpię. Radzę ci biec, bo zmokniesz jeszcze bardziej Marty - powiedział, targając mnie po włosach. Pacnęłam go w rękę i z kamiennym wyrazem twarzy wyszłam w deszcz. Pobiegłam go samochodu, po czym wskoczyłam na skórzane siedzenie. Zatrzasnęłam głośno drzwi i wetknęłam kluczyki do stacyjki.
- Urgh - jęknęłam, opierając czoło o kierownicę. Odpaliłam gruchotka, po czym pomachałam mężczyźnie ze sklepu i odjechałam do domu. Mimo deszczu, irytująco-denerwujacego Jima i braku ukochanych żelków, byłam z sibie zadowolona. Uzyskałam informacje o bandzie jakiś idiotów z liceum, którzy podobno wezwali demona na imprezie. Tragedii nie udało się zapobiec. Trup. Miał w tym roku pisać maturę. Dzięki Bogu (albo resztką zmysłu przetrwania zamroczonego alkoholem mózgu), reszta dzieciaków uciekła i nikomu nie stała się krzywda.  Cień uśmiechu spełzł z mojej twarzy i na nowo stałam się poważna. Idioci... Liceum. Prychnęłam. Odpowiedzialność... Gówno prawda. Nic tylko z nimi kłopoty. Najpierw coś spierdolą, a potem nie chcą współpracowac. Bo przecież jesteśmy pojebane z Megan... Spływają po mnie wszelakie plotki na temat nasz i naszej "inności".  Denerwuje mnie jednak to, że jak coś się stanie, to nikt nie chce pomagać, bo nie widzą problemu. Najorsza jest właśnie młodzież z liceum. To będzie mordęga. Jednak może śmierć jednego z nich da im do myślenia. Wjechałam w las, by po pięciu minutach zobaczyć nasz domek. Niski, z jednym piętrem. Ot taka drewniana chatka w środku natury. Na szerokim ganku siedziała Meg, ukryta pod daszkiem. Wysiadłam z samochodu i pobiegłam w jej stronę.
- Mam zadanie - uśmiechnęłam się szelmowsko, siadając obok niej. - Dzieciaki wzywały duchy na imprezie. Był jeden trup. Koło trzeciej pojechalybyśmy do liceum. O ile przestanie padać - mimo deszczu było bardzo ciepło. Ściagnęłam sweter i rozwiesiłam na sznurku, by trochę wysechł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz