Cum Deamones
środa, 29 czerwca 2016
Megan
Spojrzałam na dziewczynę roziskrzonymi oczami.
- Jak to się mówi - uśmiechnęłam się psotnie - "Na początku było nic"...
- A potem stała się światłość i dalej było nic tylko teraz było to widać - zadrwiła Rose
Spojrzałam na nią z naganą i wróciłam do opowieści.
- Najpierw narodziło się dobro. Powstały przyjazne istoty, takie jak pegazy czy feniksy, ze stolicą w Niebie. Panowała harmonia, a potem narodziło się zło, jego stolicą stało się Piekło - zrobiłam przerwę dla efektu - Tam mnożyło się bezprawie, przynajmniej na początku, potem powstała jako taka hierarchia, istoty tam mieszkające to demony i złe duchy. Widziałaś na przykład jednego z sukkubów - kobiet demonów, wykorzystujących mężczyzn. Wracając do historii - Po pierwszej ich wojnie, apokalipsie wręcz, powstała Ziemia. Na niej mieszkali ludzie, postacie jednocześnie złe i dobre. Stało się coś co nie podobało się to żadnej ze stron - człowiek stał się neutralny. Przez pewien czas ponownie zapanowała równowaga.
Spojrzałam po przysłuchującej mi się dwójce. Alice patrzyła się na mnie jak zaczarowana, a Mary zaprzestała usilnego przerywania.
- Jednakże! - uniosłam palec powodując pisk brązowowłosej - Granica między trzema światami jest bardzo cienka. Zło odkryło to i wysyłało demony, by "nawracały", bądź zabijały ludzi. Niestety Niebo nie mogło zadziałaś bezpośrednio, naznaczyły więc grupę nadludzi, istot odmiennych od zwykłego człowieka. Nazwano ich Opiekunami, ponieważ walczyli z mieszkańcami Piekła, który zostali zesłani na Ziemię. Od wieków toczy się ta walka dobra ze złem.
Zakończyłam dramatycznie i moją uwagę pochłonął kolejny wafel. Ręka Młodej poderwała się do góry. Przełknęłam.
- Nie jesteś w szkole, ale o co chodzi?
- Nadludzi? Są jeszcze jakieś inne demony? A Anioły istnieją? Wy jesteście opiekunami? Jak nimi zostałyście? Też mogę?!
Roześmiałam się i zatkałam jej usta.
- Spokojnie - rzuciła Rose - Meg to twoja najdłuższa wypowiedź w tym miesiącu. Gratulacje!
- Po kolei. - zignorowałam przyjaciółkę - Nadludzi, czyli Wampiry, Łaki, Zmienni, Elfy, Nimfy, Centaury, Czarownicy, Ibaro, czy wiele innych. Posiadają po prostu więcej różnych umiejętności. Owszem są inne demony, ale nie będę przytaczać. Z tego co wiem tak, Anioły istnieją, jesteśmy Opiekunami, Opiekunkami było by poprawniej. - pokiwała gorliwie głową - Zostałyśmy nimi z, jak lubię mówić, powołania. Posiadamy umiejętności, między innymi widzenia duchów - które są rzadko spotykane w naszych rasach. I nie sądzę, żebyś mogła zostać Opiekunką, Skarbie, wybacz.
Wyciągnęłam rękę i wysunęłam niewielki sztylet z buta.
- Masz. Będziesz miała jak się bronić. Jutro cię nauczymy. Czy może raczej Rosemary.
- Dzięki. - miałam dziwne wrażenie, że jeszcze tego nie zarejestrowała - Jakiej jesteście rasy? Jesteście siostrami? Jak w właściwi się nazywacie? Czemu nie mogę?
- Twoja kolej Jaszczurko - uznałam i wstałam - idę jeszcze po lody, chce ktoś?
Rosemary
- Paczcie Państwo... Oto Megan, zwana wśród miejscowych Rudą Panią z Piekła - Zaśmiałam się, patrząc na dziewczynę. - Po co ubierałaś sukienkę? - zmarszczyłam brwi, jednocześnie zapinając czarną bluzę. - Jedziemy ją tylko odwieźć a nie zwiedzać miasto. Chociaż jak chcesz, to możemy tam chwilę posiedzieć. Zdążymy wjechać do matki tego chłopaka i powiedzieć, że to co zabiło jej syna, już nie istnieje - wstałam z kanapy, uderzając o drewnianą podłogę podeszwami ciężkich traperów. - Alice? Idziemy - powiedziałam do dziewczyny, pijącej kakao w kuchni.
- Ładnie tutaj - powiedziała brunetka, patrząc przez okno na las.
- Mam na sobie sukienkę, bo to wylosowałam - mruknęła do mnie Meg.
- Jak chcesz - machnęłam obojętnie ręką i wyszłam na dwór. Zarzuciłam na głowę obszywany futerkiem kaptur, po czym skierowałam się do samochodu. - Pod wieczór ma być chłodniej - powiedziałam z troską w głosie. - Dlatego się pytałam. najwyżej dam ci swoją bluzę. Alice? Wsiądziesz na pakę. Trochę tu tłoczno z przodu - uśmiechnęłam się do dziewczyny zza szyby samochodu.
I raz powiedziałeś "Życzę ci śmierci, grzeszniku"
Nigdy nie będę niczym więcej niż tylko wilkiem czekającym pod Twoimi drzwiami na obiad,
I jeśli zobaczę cię w okolicy jak ducha w moim mieście, ty kłamco
Odejdę z twoją głową, zostawię cię na śmierć, panie.
Zamarłyśmy, słysząc wysoki, dziecięcy wręcz głos, niesiony przez echo lasu.
- Wsiadaj! Szybko - Krzyknęła Megan. Chyba po raz pierwszy słyszałam jak podniosła na kogoś głos. Oszołomiona brunetka stała w miejscu. Wyskoczyłam z samochodu i dosłownie wrzuciłam ją na pakę samochodu. Weszłam za kierownicę, trzaskając drzwiami. Z całych sił przycisnęłam pedał do podłogi.
-Przykryj się tym i nie wychylaj - rzuciłam dziewczynie z tyłu kraciasty koc.
- Co się dzieje? - Pyta zdezorientowana.
- Leż! - Krzyknęłyśmy we dwie.
- Zbliża się? - Spytałam, patrząc na drogę. Megan wyglądała nerwowo przez okno.
- Nie ma nikogo. Chyba... - Oczami wyobraźni widziałam jak mruży powieki, wypatrując białego futra pośród drzew.
- O co chodzi? - Pyta dalej Alice.
- Kiedyś ci wyjaśnimy. Póki co musimy wydostać się z lasu - rzuciłam chłodno. - Teraz leż do jasnej cholery - warknęłam, biorąc zakręt. - I trzymaj się czegoś - dodałam po chwili.
- Możesz jechać szybciej? - Spytała zaniepokojona Megan. - Chyba coś widziałam.
- Fuck fuck fuck - mruczałam pod nosem, próbując wycisnąć więcej z starego gruchotka. - Nie mogę - pokręciłam głową. - Módlmy się, aby ci się tylko przewidziało - westchnęłam, po czym krzyknęłam, z całej siły wciskając hamulec. W powietrzu zawisł zapach palonej gumy.
- Jezu! - Krzyknęła Alice, uderzając twarzą szybę za moimi plecami. Na szczęście była z plastiku a nie szkła. -Co jest? - Nie odpowiedziałyśmy.Obie wpatrywałyśmy się w białego wilka, stojącego ze spokojem na środku drogi.
- Wycofaj... - Szepnęła Megan, patrząc na zwierzę z przerażeniem. Otrząsnęłam się z chwilowego paraliżu i spokojnie sięgnęłam do skrzyni biegów. Nawet Alice wyczuła powagę sytuacji i siedziała cicho. Sztywną ręką zmieniłam bieg na wsteczny, kiedy wilk rzucił się w naszą stronę. Wcisnęłam pedał gazu, ale samochód stanął. Zanim wilk doleciał do naszej szyby, rozwiał się w kłębach białego dymu.
- C-co...? - Wydukała Megan, patrząc na drogę zesztywniała.
- To tylko ostrzeżenie Opiekunki - powiedziała dziewczynka z czarnymi, prostymi włosami, stojąca tuż koło mojej szyby. Podskoczyłam, odwracając się do niej. Patrzyła na mnie lodowatymi, błękitnymi oczami. Jej skóra była mlecznobiała, c mocno kontrastowało z sukienką w kolorze czerwieni. - Następnym razem nie będę taka łaskawa - spojrzała na Alice na tyłach samochodu i odeszła w las, nucąc cicho jaką piosenkę, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Patrzyłyśmy na nią zaszokowane, kiedy pickup sam zaczął jechać do tyłu. Zdjęłam nogę z gazu i wyłączyłam go. Oparłam czoło o kierownicę, starając się uspokoić oddech.
- Ale bagno - podsumowała Megan, blada jak ściana.
- No - mruknęłam pod nosem.
***
- Kilka lat temu Sonya nam pomagała - zaczęłam wyjaśniać wszystko Alice, siedząc na krawężniku przed lodziarnią. Słońce świeciło, więc już dawno pozbyłam się ciepłej bluzy, na której siedziała Megan. - Była młoda... Miała jedenaście lat, ale była wilkołakiem. Lubiła grać z przeznaczeniem. Trochę za bardzo. W końcu... Zabroniłyśmy jej z nami chodzić. Aby ją do nas zrazić, powiedziałyśmy, że jest tylko psem i nikim więcej.
- Ty powiedziałaś - mruknęła Ruda, chrupiąc wafla. Pokiwałam głową.
- Ja jej to powiedziałam. Byłam okrutna, ale to naprawdę niebezpieczne nam pomagać. Sama widziałaś - westchnęłam, podciągając kolana pod brodę. - Potem... Poszła za nami, a ja w złości powiedziałam, że chcę aby umarła. Pech chciał, że wtedy kreatura, którą myślałyśmy, że zabiłyśmy... No... Nie była martwa - kontynuowałam. - Zabiła ją - szepnęłam. - Stąd ta krwawa sukienka. I... Teraz ona chce się na nas zemścić. Od czasu do czasu lubi pozabijać kilka osób. Ale jest zbyt potężnym duchem jak dla nas. Musimy czekać na odpowiedni moment, kiedy będzie słaba.
- Czyli ona jest duchem tak? Czego jeszcze chce oprócz waszej śmierci? Czemu spojrzała się też na mnie? - Spytała zdezorientowana brunetka.
- Bo... - Próbowałam przełknąć ślinę, ale suchy język uderzył o podniebienie. - Zapewne chce też twojej śmierci... Ale jesteś w niebezpieczeństwie tylko, kiedy jesteś w lesie. Nie może wychodzić poza jego obszar - uspokoiłam ją, widząc przerażenie na jej twarzy. - Więc nie masz się czego bać. - Zdałam sobie sprawę z tego, jak to głupio zabrzmiało. - Ten duch jest po prostu bardzo zazdrosny - westchnęłam, opadając plecami na chodnik. - Nie wchodź sama do lasu.
- A wy? - Spytała brunetka.
- My sobie z nią poradzimy... Kiedyś tam... Póki nas nie zabije - spojrzałam na Megan. - Na szczęście lubiła dużo śpiewać... A w lesie niesie się straszne echo.
piątek, 17 czerwca 2016
Megan
"Ubrana w suknie w kolor krwi.
Tańczę ze mną blady księżyc lśni.
Włosy w stylu najpiękniejszej z dam.
Szpilki precz, dziś życie me znam."
- Może nie suknie, ale kolor krwi na sobie masz - rzuciła Ros - W sumie krew też
Spojrzałam nań gniewnie i usłyszałyśmy - pierwszy raz od dłuższej chwili - chichot Alice. Posłałam jej zadowolone spojrzenie i wróciłam do piosenki.
"Czuję w sobie elektryczną moc.
Pędzę wzdłuż wybrzeża, na liczniku sto.
A przy boku mój niegrzeczny skarb.
Niech wita mnie śmierć,
jeśli odejść dziś mam!"
- Zostałam niegrzecznym skarbem! - pisnęła, a ja jęknęłam niezadowolona
"Będę tęsknić przez wieki...
Jak gwiazdy, by ujrzeć słońca blask.
Późno lepiej niż wcale...
Ty odeszłaś, a ja będę trwać"
- Nie zamierzam odchodzić, ale cieszę się, że będziesz tęsknić
- Mery! Możesz przestać?! - warknęłam
- Oj tam, oj tam - machnęła ręką
- Nie jesteście takie złe - szepnęła brunetka
- Pewnie, że nie - odparła - Jesteśmy na miejscu, wysiadka
- Wejdź do salonu, tylko się ogarniemy - powiedziałam i zniknęłam w pokoju, zrzucając miecz i potarganą narzutkę
Rozebrałam się i błyskawicznie wzięłam prysznic zmywając krew. Po chwili stałam w bieliźnie w swojej sypialni i sięgnęłam na oślep do szafy, zaciekle trą włosy ręcznikiem. Odrzuciłam ręcznik na łóżko i spojrzałam cóż to takiego wylosowałam. Wpatrywałam się niepewnie w blado różową sukienkę. Nie miała zabudowanych ramion i asymetryczny dół, odsłaniający nogi.
- A miałam nie straszyć - westchnęłam
Miałam świadomość jak ludzie reagują na moje blizny. Ale... co tam. Założyłam ją i rozczesałam włosy.
Rosemary
- Nie drzyj się - mruknęłam, mijając ją. - Łeb mnie napierdala - wsiadłam za kierownicą i oparłam o nią czoło. Meg wsiadła obok mnie, a brunetka (Alice jak się okazało), siedziała przy drzwiach, wpatrując się ze mnie wyczekująco.
- Więc? - Spytała ponownie tym denerwujacym tonem.
- To byl Sukkub. Demonica z piekła, którą twoi koledzy z mózgiem rozmiarów orzeszka postanowili przyzwać - zaczęłam kąśliwie, wyjeżdżając gwałtownie. Zawróciłam, aż nami zatrzęsło i szybko wjechałysmy w las. - Pewnie ten zabity chciał ją zmacać. My jesteśmy wariatkami z lasu, robiącymi sobie żarty. Przynajmniej wobec mieszkańców miasteczka - przy gwałtownym zakręcie dziewczyna uderzyla ramieniem w drzwi. Jęknęła orzy tym, ze strachem wpatrując się w drogę. - Naprawdę sprzątamy po was i waszych wybrykach. I ratujemy wam skórę - zwolniłam, uspokajając się. Odetchnęłam głęboko, otwierając okno. - Wjedziemy wcześniej do domu -powiedziałam. - Musimy się przebać, zanim pojedziemy cię odwieźć do domu. Jeszcze jedno... Nie mów nikomu o tym, co widziałaś. Nie zmieniaj stosunku do ludzi w szkole i przede wszystkim... Nie broń nas - spojrzałam na nia szybko, po czym wróciłam do prowadzenia. - Zachowuj się jak oni. Ale pomagaj czasem, jeśli nie masz nas za wariatki. Nie odpowiadaj teraz. Namyśl się -ponuro zaczęłam stukać w kierownicę, po czym włączyłam radio.
czwartek, 16 czerwca 2016
Megan
Mruknęła potakująco.
- Skoro to Sukkub, to może sam do niej podlazł - syknęła złośliwie
Uśmiechnięta spojrzałam na nią.
- Na dobrze mu to nie wyszło
Naszą uwagę zwrócił krzyk na dworze. Wybiegłyśmy przed dom. Zobaczyłam leżącą na ziemi Alice.
- Wszystko okej? - krzyknęłam podbiegając
- Za tobą! - pisnęła
Odwróciłam się szybko, by zobaczyć jak nóż Rosemary dziurawi jej skrzydło i mija nas o włos
- Weź ją stąd!
Pociągnęłam dziewczynę za rękę i wsadziłam do samochodu z tył, po czym sięgnęłam nad nią po miecz.
- Siedź tu - rzuciłam, a ona spojrzała na mnie wystraszona
Zamknęłam drzwi i ruszyłam pomóc przyjaciółce.
***
Skrzywiłam się, gdy Rose odcięła demonicy głowę, a krew - oczywiście - trysnęła na mnie. I tak byłam brudna, ponieważ chwilę wcześniej podcięłam jedno z jej skrzydeł. Spojrzałam na zmienną i mój humor natychmiast się poprawił.
- Jaszczureczko, uwalałaś się w błocie - wyszczerzyłam się psotnie
Spojrzała na mnie morderczym wzrokiem i ruszyła do auta. Schowałam splamiony posoką miecz do pochwy na plecach i powstrzymując się od śmiechu pomknęłam za nią. Najwyraźniej siedząca w środku dziewczyna nas wypatrywała, bo gdy tylko znalazłyśmy się w zasięgu jej wzroku drzwi otworzyły się i wypadła zza nich brunetka.
- Nic wam nie jest?! Co to było?! Czy to jest krew?! Kim wy jesteście?!
Spojrzałam na Mary i gestem wskazałam, żeby coś powiedziała.
Rosemary
- Jest lepiej - ulewa zamieniła się w delikatną mżawkę, a to już byłam w stanie znieść. Założyłam nieśmiertelną szarą bluzę, z białym futerkiem w środku i ruszyłam do samochodu. Wsiadłyśmy we dwie, po czym ruszyłyśmy do miasta. - Dzieciaki są głupie - stwierdziłam, obserwując las. - Przypomnij mi, czemu mamy ratować ich niewdzięczne dupska? - spytałam, poprawiając tylnie lusterko.
- Zło i demony - przypomniała mi Megan. - Jesteśmy opiekunami.
- Wiem - Westchnęłam, skupiając się na drodze. Między nami królowała cisza. Żadna z nas nie lubiła się specjalnie odzywać, szczególnie kiedy jechałyśmy do miasta po informacje. Włączyłam radio. Stukałam palcem w rytm spokojnej muzyki.
"Nie ma już nikogo na świecie
Strzelam zawsze pierwszy
Nie przejmuję się jeśli upadnę
W dół, w dół, w dół
Mam w głowie głos, który wciąż śpiewa
Och, moje serce jest miastem duchów"
Uśmiechnęłam się mimowolnie, słysząc tekst piosenki. Zrobiłam trochę głośniej i zaczęłam gwizdać.
- Jeleń! - Zawołała nagle Megan. Odruchowo wcisnęłam hamulec a pasy wbiły się głęboko w moją pierś. Z cichym jękiem uderzyłam plecami w oparcie fotela. Zobaczyłam czarne oczy zwierzęcia, stojącego na środku drogi. Patrzyło na nas wystraszone, po czym uciekło dalej w las.
- Dzięki - wydukałam trochę blada - Głupie zwierzęta - Westchnęłam by trochę się uspokoić. - Zawsze wpychają się pod maskę - Wyjechałyśmy z lasu.
- Musisz się obudzić - powiedziała spokojnie, patrząc na mnie. Widziałam to kątem oka. - Byłaś rozkojarzona.
- Wiem - Westchnęłam. - Zamyśliłam się - Odparłam. Po dziesięciu minutach byłyśmy przed liceum. - Nienawidze tego miejsca - Mruknęłam pod nosem, mierząc brzydki, stary budynek wymalowany bladozieloną farbą. - Wylęgarnia kłamców i tłumoków.
- Przestań - Meg zmarszczyła brwi. - Mamy tam tylko iśc po informacje. Bądź miła - spojrzała na mnie błagalnie.
- Postaram się - skinęłam głową. Podeszłyśmy do drzwi. Akurat trwały lekcje. Zakupałam do pokoju dla woźnych.
- Tak? - Warknął starszy pan, z kępkami siwych włosów na głowie. Ciemnoniebieski kombinezon był na niego o wiele za duży i wyglądał jak worek na ziemniaki.
- Szukamy klasy drugiej c - odpowiedziałam, starając się zachować spokój.
Drugie piętro. 210 - mruknął mężczyzna i wrócił do oglądania serialu. Skinęłam głową na Meg i poszłyśmy we wskazane miejsce. Zdecydowanym ruchem zapukałam do drzwi, po czym nie czekając na odpowiedź, weszłam do środka.
- Co to ma być? - Spytała zbulwersowana nauczycielka. Unosiłam brwi zdziwiona. Nie widziałam jej tu wcześniej. Czyżby nowa?
- Witam i przepraszam za przeszkadzanie w lekcji. - Podeszłam do niej sprężystym krokiem,ściągając po drodze okulary przeciwsłoneczne. - Przyszłam porozmawiać w sprawie śmierci Petera.
- Odpierdolcie się od tego wariatki - zawołał Markus. Nasz ulubieniec. Największy gnojek w całym mieście. Jego ojciec jest dokładnie taki sam, o ile nie gorszy. Zawsze miał coś "arcyciekawego" do opowiedzenia.
- Cisza Castellan - Zarządziła surowo kobieta, marszcząc brwi. - Co chcecie zrobić?
- Jedynie porozmawiać - wtrąciła się niepewnie Meg. Zdziwiłam się, że w ogóle się odezwała. Zazwyczaj siedziała w takich momentach cicho. Pokiwałam głową, potwierdzając jej słowa.
- To nie zajmie długo, o ile wszyscy zgodzą się współpracować - Spojrzałam na klasą surowym wzrokiem. Odpowiedziały mi nieruchome twarze. W ostatnich rzędach jakieś dzieciaki się wygłupiały. Ktoś inny pisał pod ławkami, pewnie aby napisać, że "Wariatki interesują się Peterem".
- Rose... Mary... - poczułam jak ktoś szturcha mnie w moje ramię. Ocknęłam się z zamyślenia i zauważyłam, że wszyscy czekają aż cokolwiek powiem.
- Em.. - Zaczęłam, po czym wzięłam się w garść. - Jak wiecie wasz przyjaciel Peter nie żyje - zaczęłam jak zawsze, opierając sie jednym biodrem o biurko. - Każdy kto brał udział w wywoływaniu demona niech się przyzna. Nie będzie żadnych konsekwencji - dopiero teraz zauważyłam, że młoda nauczycielka gdzieś zniknęła. Pewnie wyszła na korytarz by nas nie krępować. - Musimy zebrać informacje zanim komuś jeszcze stanie się krzywda. - Odpowiedziała mi twarda cisza.
- Odwalcie się - warknęła blondynka z drugiej ławki.
- Wypierdalać z miasta - rzucił ktoś inny. W klasie zaczął robić się posępny szum. Uderzyłam pięścią w biurko i nastała cisza.
- Zamknąc ryje - Warknęłam, po czym potarłam nasadę nosa. - Cisza. Musimy wiedzieć chociaż gdzie to było...
- Ja wam pomogę - niska, drobna brunetka wstała z miejsca, przełamując zgodę milczenia. Pokiwałam głową.
- Ktoś jeszcze? - Spytałam, pokazując dziewczynie, że ma podejść. Nie widziałam jej tu wcześniej, więc być może też była nowa. Nie znała jeszcze zasad panujących wobec nas w tym mieście. Nikt więcej się nie zgłosił. Objęłam dziewczynkę ramieniem i wyszłyśmy w trójkę na korytarz. Ruda zamknęła drzwi.
- Pożyczamy koleżankę na jakiś czas - powiedziałam, mijając kobietę. Puściłam dziewczynę i szłam dalej prze siebie, nie zwracając uwagi na protesty za plecami. - Jesteś nowa? - Spytałam, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Ona tylko pokiwała głową.
- Byłam na tej imprezie, by kogoś poznać. Nie wiedziałam, że to tak się skończy - szepnęła.
***
Po pół godzinie stałyśmy w pobliżu wodospadów. Niedaleko od krańca skalnej półki stał dome. To tam przyzywali duchy. Weszłyśmy do środka. Na ścianach dalej było pełno krwi. Dodatkowo wnętrze roiło się od much. Policja również zostawiła po sobie slady w postaci czarno-żółtej taśmy.
- Nie wiem czy powinnyśmy... - zaczęła dziewczyna, widząc ją. Rzuciłam na to okiem i wzruszyłam ramionami.
- Możemy - zapewniłam ją. - Opowiedz co się tu stało - poprosiłam ją. Dziewczyna zaczęła wszystko od początku. Zaczynałam tracić cierpliwość. Zaczęłam rozglądac się dookoła, by szukać czegokolwiek. Ruda za to słuchała z zainteresowaniem, wychwytując jak najwięcej szczegółów. Przyłączyłam się do słuchania dopiero, kiedy doszło do uwolnienia się demona. Wskazała nam konkretne miejsca, gdzie co się działo.
- Wyjdziesz na dwór? Zaraz dołączymy - powiedziałam do niej i lekko wypchnęłam ją na zewnątrz. Po chwili zostałam sama z Megan. - Sukkub? - Spytałam, wspominając jej słowa o "Czymś jakby kobiecie, ale z rogami".
Megan
- Może przestanie - stwierdziłam zerkając na niebo i wstając - To w końcu jeszcze dwie godziny
- Ta...
Weszłyśmy do domu. Zniknęłam na chwilę w kuchni, by po chwili podsunąć jej gorącą czekoladę.
Podziękowała uśmiechem i przeszłyśmy do pokoju z mapami i bronią.
- Wiadomo co go zabiło?
- Jeszcze nie, dowiemy się na miejscu
***
Narzuciłam na ramiona cienką, czarną narzutkę i spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie rudowłosa dziewczyna. Ubrana w mocne buty(z włożonym tam niewidocznym sztyletem), czarne dżinsy, podkreślające długie nogi, ciemnozieloną koszulkę bez rękawków i wymienioną wcześniej narzutką do połowy uda. Odwróciłam wzrok i wyszłam na ganek do czekającej już Rose.
- I widzisz? Przejaśniło się - rzuciłam
Rosemary
Znowu pada... Krople deszczu uderzały rytmicznie o szyby sklepu w Helltown. Z trudem powstrzymałam się od cichego prychnięcia. Niezwykle trafiona nazwa... Piekielne miasto. Nazwa podobno wzięła się od głębokiej jaskini, pół godziny drogi na wschód od miasta. Była tak głęboka i stroma, że przypominała wejście do piekła. Przynajmniej według miejscowych. Prawda jest taka, że demony mogą pojawić się praktycznie wszędzie, gdzie granica jest wystarczająco cienka, aby przejść. I jestem pewna, że tym miejscem nie byłaby dziura w ziemi, głęboka na dobry kilometr.
- Czemu tu zawsze musi tak cholernie padać? - westchnęłam, odwracając się do Jima - trzydziestoletniego właściciela jednego z trzech sklepów spożywczych w mieście. Z wyglądu przypominał stereotypowego drwala. Wielki jak góra, szeroki jak szafa, blond włosy zaczesane do tyłu, gruba, gęsta broda i wieczna, czerwona koszula w kartkę. Jak było bardzo zimno (zimą nie pada tu śnieg, więc nie ma problemu), zakładał na to jasnobrązową, puchową kamizelkę. Wydawał się w niej wtedy jeszcze większy niż jest normalnie. Mimo swojego trochę przerażającego wyglądu był bardzo wesoły i pomocny. Jeden z milszych ludzi w mieście. Zawsze cos powiedział, co jest przydatne. A to coś podszepnął, a to coś podpowiedział. Ufałam mu tak, jak ufałam Megan.
- Mieszkasz tu prawie pięć lat i jeszcze się nie przywyczaiłaś? - zaśmiał się nisko, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Wiem, że w tej porze roku pada tu praktycznie co chwilę, ale to przygnębiające - westchnęłam, wyglądając na asfaltową ulicę. Przeniosłam wzrok na wysłużonego, czarnego pick-upa, stojącego dziesięć metrów dalej. - Jak myślisz...? Przestanie zaraz? - spytałam, zapinając granatowy sweter. Jim podszedł do mnie i wyglądnął na zewnątrz przes szybę.
- Wątpię. Radzę ci biec, bo zmokniesz jeszcze bardziej Marty - powiedział, targając mnie po włosach. Pacnęłam go w rękę i z kamiennym wyrazem twarzy wyszłam w deszcz. Pobiegłam go samochodu, po czym wskoczyłam na skórzane siedzenie. Zatrzasnęłam głośno drzwi i wetknęłam kluczyki do stacyjki.
- Urgh - jęknęłam, opierając czoło o kierownicę. Odpaliłam gruchotka, po czym pomachałam mężczyźnie ze sklepu i odjechałam do domu. Mimo deszczu, irytująco-denerwujacego Jima i braku ukochanych żelków, byłam z sibie zadowolona. Uzyskałam informacje o bandzie jakiś idiotów z liceum, którzy podobno wezwali demona na imprezie. Tragedii nie udało się zapobiec. Trup. Miał w tym roku pisać maturę. Dzięki Bogu (albo resztką zmysłu przetrwania zamroczonego alkoholem mózgu), reszta dzieciaków uciekła i nikomu nie stała się krzywda. Cień uśmiechu spełzł z mojej twarzy i na nowo stałam się poważna. Idioci... Liceum. Prychnęłam. Odpowiedzialność... Gówno prawda. Nic tylko z nimi kłopoty. Najpierw coś spierdolą, a potem nie chcą współpracowac. Bo przecież jesteśmy pojebane z Megan... Spływają po mnie wszelakie plotki na temat nasz i naszej "inności". Denerwuje mnie jednak to, że jak coś się stanie, to nikt nie chce pomagać, bo nie widzą problemu. Najorsza jest właśnie młodzież z liceum. To będzie mordęga. Jednak może śmierć jednego z nich da im do myślenia. Wjechałam w las, by po pięciu minutach zobaczyć nasz domek. Niski, z jednym piętrem. Ot taka drewniana chatka w środku natury. Na szerokim ganku siedziała Meg, ukryta pod daszkiem. Wysiadłam z samochodu i pobiegłam w jej stronę.
- Mam zadanie - uśmiechnęłam się szelmowsko, siadając obok niej. - Dzieciaki wzywały duchy na imprezie. Był jeden trup. Koło trzeciej pojechalybyśmy do liceum. O ile przestanie padać - mimo deszczu było bardzo ciepło. Ściagnęłam sweter i rozwiesiłam na sznurku, by trochę wysechł.